Budowa noclegowni dla mężczyzn w Biłgoraju jeszcze nie tak dawno była kością niezgody pomiędzy mieszkańcami sąsiadujących bloków a włodarzem miasta. Obecnie daje schronienie kilku potrzebującym ciepłego kąta osobom, ale tylko tym, którzy zadeklarowali chęć uczestniczenia w programie wychodzenia z bezdomności.

Większości z nas słowo „bezdomny” kojarzy się z brudnym i podpitym człowiekiem, który mieszka na dworcu lub w melinie. „Sami wybrali sobie taki los” - tak powszechnie o nich się myśli. Jednak na widok mężczyzn, mieszkających w biłgorajskiej noclegowni „Samarytanin”, można zaniemówić ze zdziwienia - ogoleni, w czystych ubraniach, krzątający się przy kuchennym zlewie i porządkujące naczynia. Pan Wojtek i pan Jan zgodzili się z nami porozmawiać.
- Warunki mamy tu wspaniałe. Jest obszerna świetlica z telewizorem, łazienka, kuchnia z wyposażeniem. Gorzej, że musimy spać na starych piętrowych łóżkach pochodzących jeszcze ze starej noclegowni na Sikorskiego. Niektórzy z mieszkających w noclegowni mają kłopoty zdrowotne, w nocy kilka razy muszą wychodzić do łazienki, jest to spore utrudnienie - mówi pan Wojtek. - W noclegowni możemy przebywać od 16-tej do ósmej rano. Pozostały czas musimy spędzać na dworze lub w Klubie Abstynenta. W lecie staramy się złapać dorywczą pracę, ale zima jest najgorsza, szczególnie soboty, kiedy Klub jest nieczynny - dodaje pan Wojtek.
Pan Wojtek, jest stałym bywalcem noclegowni, pamięta jeszcze czasy, kiedy mieściła się ona w innym budynku. Od listopada postanowił, że jego życie zmieni się na lepsze - od tego momentu przebywa w trzeźwości i uczestniczy w programie wychodzenia z bezdomności. Jest to niezbędny warunek, aby móc skorzystać z dobrodziejstw darmowego noclegu.
Pan Jan przełamał się półtora roku temu. - Musimy się tu nawzajem pilnować, leczyć, szukać pracy. Zdarza się, że kiedy wracamy do byłego środowiska, to można stracić nad sobą kontrolę. Dlatego tak ważne dla nas jest, że nawzajem się pilnujemy i podtrzymujemy się na duchu, chociaż jak i w każdym skupisku ludzi o różnej osobowości miewamy tu konflikty i sprzeczki. Ale wszystkie rozwiązujemy i dogadujemy się. Nawet martwimy się o tych, którzy długo się nie pokazują w noclegowni - mówi.
Pan Jan mówi, że o jego decyzji zaważyła chęć nawiązania kontaktów z rodziną. - Kiedyś miałem autorytet, swoją godność. Potem to wszystko straciłem. Chcę odzyskać swoją rodzinę, odnowić kontakty z dziećmi. Chcę, żeby mój syn nie popełniał moich błędów. Potrzeba dużo silnej woli, aby wytrwać, ponieważ wymagania są duże. Musimy pracować nad sobą i chcieć się zmienić, a nie jest to łatwe - dodaje pan Jan.
Bezdomnym w Biłgoraju pomaga Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. - Obecnie w noclegowni przebywa sześciu mężczyzn, wszystkich miejsc jest dwanaście. W razie potrzeby możemy zaadaptować świetlicę, w której zmieści się kolejnych kilka osób - wyjaśnia Eugeniusz Karp, prezes Biłgorajskiego Stowarzyszenia Trzeźwości „Iskra” i kierownik noclegowni.
Dodaje, że każdy, kto zgłasza się do noclegowni, może liczyć na nocleg. Osoby z innych gmin lub powiatów nie mogą jednak liczyć na długotrwały pobyt - noclegownia opiekuje się tylko osobami z Biłgoraja. Niezbędnym warunkiem pobytu w tym miejscu jest przestrzeganie regulaminu, nocujący tu bezdomni muszą poddać się programowi wychodzenia z bezdomności. - Osoby te muszą być motywowane, aby dawać z siebie coś. Kierowane są na terapię, do poszukiwania pracy. Muszą też zdobyć wiedzę o chorobie alkoholowej i potrafić ją leczyć - wyjaśnia Eugeniusz Karp. - W Biłgoraju są i tacy, którzy świadomie wybierają życie w melinach, garażach lub na ogródkach działkowych, nie chcą oni podporządkować się regulaminowi noclegowni. Taki tryb życia nie rzadko kończy się dla nich tragicznie - dodaje.
Bezdomni mogą liczyć na otrzymanie od miasta mieszkania socjalnego. Pan Jan już cztery razy składał podanie do burmistrza, jak na razie nie potrzymał pozytywnej odpowiedzi. Pan Wojtek złożył podanie po raz pierwszy. - Mamy kolegów, którzy otrzymali mieszkania i dobrze im się żyje, mają porządek w domu, nie piją. Znamy natomiast i takich, którzy swoją szanse zmarnowali, a mieszkanie zamienili w melinę - mówi pan Wojtek. - Zastanawiam się, czy sam dam radę, czy wytrzymam - dodaje.
- Chciałbym przeżyć ostatnie swoje lata z godnością. Pragnę odnowić kontakty z rodziną - synami i córką. Kiedy składałem podanie o mieszkanie socjalne, urzędniczka powiedziała, że przecież mogę mieszkać u dzieci. Cały problem polega na tym, że dzieci nie chcą, abym z nimi mieszkał.
Panowie z noclegowni wspominają, że w sylwestrową noc mieszkańcy sąsiednich bloków wyszli na zewnątrz, aby wspólnie wypić szampana i złożyć noworoczne życzenia. Mieszkańcy noclegowni dołączyli się do nich, ale odmawiali wypicia wspólnego toastu. Dzielnie powtarzali, że od jednego łyka właśnie się zaczyna nałóg. A oni swojej szansy nie chcą zmarnować.